Największym problemem sztucznej inteligencji nie jest już to, czy potrafi myśleć, tylko gdzie postawić maszyny, które ją napędzają, i skąd wziąć dla nich prąd. Odpowiedź, którą właśnie zaproponował koncern Samsung, brzmi zaskakująco: skoro na lądzie brakuje energii i miejsca, to trzeba wypłynąć w morze. Nie chodzi przy tym o dział produkujący chipy, tylko o Samsung Heavy Industries, czyli stoczniową część grupy. To ona rozwija koncepcję pływającego data center, wielkiego statku wypełnionego serwerami. Zanim jednak ktoś wyobrazi sobie flotę cyfrowych okrętów, warto od razu ostudzić emocje. Takiego statku jeszcze nie ma. Na razie jest projekt i wstępne zatwierdzenie na papierze.
Serwerownia, która wypływa w morze
Pod koniec kwietnia 2026 roku koncepcja Samsunga dostała tak zwane wstępne zatwierdzenie od dwóch towarzystw klasyfikacyjnych, które orzekają, czy dana konstrukcja morska w ogóle ma sens. Mowa o jednostce o mocy pięćdziesięciu megawatów, czyli mniej więcej tyle, ile średnie centrum danych na lądzie. To dopiero zielone światło dla pomysłu, a nie certyfikat gotowego okrętu.
Kilka tygodni później, w czerwcu, na branżowych targach morskich w Atenach Samsung podpisał serię porozumień. Z greckim armatorem ma budować jednostki przystosowane pod serwery, z producentem sprzętu Supermicro chce sprawdzić, czy serwery w ogóle zniosą pracę na wodzie, a z partnerem ze Stanów Zjednoczonych planuje wejście na tamtejszy rynek. Pierwsza pływająca serwerownia miałaby ruszyć około 2028 roku. Wszystko więc dopiero się zaczyna.
Jak miałoby to działać
Cała idea opiera się na dwóch przewagach morza: wodzie i wolnej przestrzeni. Chłodzenie ma korzystać z wody morskiej krążącej w zamkniętym obiegu. Woda odbiera ciepło przez wymiennik i wraca do oceanu, nie stykając się bezpośrednio ze sprzętem, dzięki czemu sól go nie niszczy. Ważny plus jest taki, że taki układ nie zużywa słodkiej wody, o którą na lądzie coraz trudniej.
Z prądem sprawa jest ciekawsza. Blisko brzegu statek podłączy się do sieci kablem podmorskim, natomiast dalej w morzu ma zasilać się sam, z własnych ogniw paliwowych napędzanych skroplonym gazem ziemnym. Warto to zapamiętać, bo choć pomysł bywa reklamowany jako czysty, gaz ziemny wciąż jest paliwem kopalnym. Największą realną zaletą nie jest więc ekologia, tylko czas. Postawienie serwerowni na lądzie oznacza dziś lata czekania na przyłącze do sieci i pozwolenia na grunt. Statek te kolejki omija, bo prąd i miejsce ma ze sobą.
Dlaczego data center tak rozpaczliwie szukają prądu
Żeby zrozumieć, skąd w ogóle taki pomysł, trzeba spojrzeć na skalę apetytu sztucznej inteligencji. Centra danych na całym świecie zużywają dziś około pięciuset terawatogodzin prądu rocznie, a do 2030 roku ich apetyt ma się niemal podwoić. Wtedy pochłoną tyle prądu, ile w ciągu roku zużywa cała Japonia. Do tego dochodzi woda, bo klasyczne chłodzenie potrafi wypić jej ogromne ilości. Duże centrum danych bywa w stanie zużyć nawet pięć milionów galonów dziennie, czyli tyle co pięćdziesięciotysięczne miasto. Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzega, że do 2030 roku sama sztuczna inteligencja może pochłaniać wodę na poziomie potrzeb ponad miliarda ludzi.
W Polsce ten problem jest jeszcze niewielki, ale rośnie. Rodzime centra danych mają dziś moc rzędu dwustu megawatów i zjadają około jednego procenta krajowego prądu. Operator sieci przewiduje jednak, że w połowie lat trzydziestych ich apetyt może wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie. Więcej o tej presji pisaliśmy przy okazji suszy wywołanej przez centra danych AI. Bałtyk jest jednak płytki i mało słony, więc pływające serwerownie raczej nie są receptą akurat dla nas.
Pierwsza Misja AI · Kodożercy
Pierwszy raz z AI? Zaczynasz od zera
Pierwsza Misja AI to kurs dla osób bez technicznego backgroundu. Zero kodu, zero żargonu. Dowiesz się jak działa AI, jak promptować i jak korzystać z niej w pracy.
Wejdź na pokład →

Czy to w ogóle wypłynie
Tu zaczynają się schody, bo pomysł na papierze i działająca flota to dwie różne rzeczy. Warto pamiętać, że drogą morską poszedł już kiedyś Microsoft. Jego zatapiany kontener z serwerami spędził pod wodą u wybrzeży Szkocji dwa lata i psuł się rzadziej niż sprzęt na lądzie. Mimo to w 2024 roku firma projekt zamknęła i otwarcie przyznała, że nie zamierza budować podwodnych centrów danych. Skoro odpuścił pionier, warto pytać, co takiego wie Samsung.
Trzeba też uważać na obietnice. Amerykański partner rzuca hasłem o półtora gigawata mocy w trzy lata, czyli trzydzieści razy więcej niż zatwierdzony koncept. Wygląda to bardziej na slogan sprzedażowy niż realny plan. Do tego dochodzą pytania bez odpowiedzi. Nikt nie pokazał jeszcze, jak serwery zniosą lata wibracji, przechyłów i słonego powietrza. Zamknięty obieg nie marnuje wprawdzie słodkiej wody, ale oddaje do oceanu wodę podgrzaną, a wpływ tego na morskie życie to wciąż otwarte pytanie. Chińskie firmy idą zresztą inną drogą i zatapiają serwery pod wodą, więc pływający statek Samsunga to osobna kategoria, nie kopia sprawdzonego wzoru.
Podsumowanie
Pływające data center to pomysł, który świetnie oddaje moment, w jakim jest dziś sztuczna inteligencja. Głód energii i miejsca zrobił się tak duży, że poważny koncern na serio projektuje serwerownię na statku. Sam kierunek myślenia jest logiczny, bo morze faktycznie daje wodę do chłodzenia i wolną przestrzeń z dala od zatłoczonych sieci. Problem w tym, że między efektowną wizualizacją a działającą jednostką leży ocean niewiadomych, od trwałości sprzętu po rachunek ekologiczny. Na razie Samsung ma zatwierdzony koncept, kilka porozumień i datę gdzieś w okolicach 2028 roku. Czy z tego wypłynie prawdziwa flota, czy tylko ładny model na targi, pokażą dopiero kolejne lata, a nie foldery reklamowe.
Newsletter · DevstockAcademy & Kodożercy
Bądź na bieżąco ze światem IT, AI i automatyzacji
Co wtorek: newsy z branży, praktyczne tipy i narzędzia które warto znać. Zero spamu.


